Siedziałem niecierpliwie na zimnym, drewnianym stołku. Mimo iż miałem na sobie dwa grube swetry i biały fartuch gęsia skórka zapanowała nad mym ciałem. Czekałem już tak około pół godziny, na tego starego dziada. A nie. Przepraszam. Na ukochanego pana nauczyciela, jak kazał siebie nazywać.
Zgodziłem się mu pomagać. W końcu nie każdy, świeży student medycyny ma okazje tak szybko uczestniczyć przy sekcji zwłok. Słyszałem też różne plotki na ten temat, że każdy kto pójdzie wcześniej na praktyki wraca odmieniony lub nie wraca wcale. A wszystko jest wyjaśniane zmianą uczelni, chorobą czy wyprowadzką. Ja jednak w to nie wierze, nie dałem się zastraszy. Przeczesałem z wolna blond grzywkę, wcześniej patrząc na zegarek.
-Ten cholerny dzia.. a.. dzień dobry. -od razu się ukłoniłem widząc przed sobą twarz profesora Fuel'a. Tak to właśnie on. Zawsze sztucznie uśmiechnięty, blady jak ściana z wiecznym nieładzie na włosach.
-Dzień dobry. Gotowy na zabawę? -jego kolejny wyraz zadowolonej twarzy, był tak przerażający, że jedyne co udało mi się zrobić to przytaknąć twierdząco. Miał na sobie biały fartuch, gdzieniegdzie z wyblakniętymi migdałowymi plamami. Oczywiście, wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że z zaschniętej krwi . Skierowaliśmy się długim, ciemnym korytarzem do jego 'pracowni', Było coraz zimniej i zimniej. Cóż się dziwić, ciała musiały być trzymane w takiej temperaturze. Zerknąłem jeszcze za okno, robiło się już ciemno. Zastanawiałem się dlaczego umówił się na tak późną godziną. Ale cóż, kto by tam się starał zrozumieć tego dziada. czemu tak mówię? Jakoś nie pałam do niego sympatią. Po prostu jego pierwsze wrażenie w moich oczach wypadło negatywnie.
Otworzył, białe wielkie drzwi posyłając mi jeszcze jeden z tych swoich okropnych uśmieszków. Kiedy wszedłem do środka światło było już zapalone. Wielkie białe pomieszczenie, z metalowym 'łóżkiem' na środku i ladą z przedziwnymi urządzeniami. Jednak.. łoże nie było puste. Leżało coś na nim, przykryte białą płachtą. A domyślając się po kształcie, leżał tam pierwszy pacjent..
-Alice Verner. Lat 20, studentka prawa. Zamordowana dwa dni temu. Sprawca nieznany. -nagle cisze przerwał ten jego skrzeczący głos. Czytał coś z jakiejś kartki, pewnie akta zmarłej. Ale chwila.. Verner, Verner? Coś mi mówiło to nazwisko.. albo mi się wydawało. No, lepiej już się nad tym nie rozczulać.
-A więc co na początek? -spytałem niepewnie.
-Drzwi zamknięte?
-Tak.
- A więc dobrze.. Powiedz mi mój drogi chłopcze, boisz się widoku krwi?
-Krwi? Ależ skąd. -głupi jakiś, czy co? Przecież studiuje medycynę.
Fuel uśmiechnął się pod nosem i chwycił skalpel, po czym jednym ruchem ściągnął płachtę ze zwłok. Ukazała mi się postura, nie wysokiej i szczupłej brunetki. Całe ciało miała blade jak mąka z licznymi ranami noża. Najbardziej skupiłem się na twarzy, spierzchniętych sinych wargach i pół otwartych zamglonych oczach.
To bardzo dobrze. -opowiedział rozbawionym głosem, chwytając jednym ruchem nadgarstek kobiety i przecinając go skalpelem. Upłynęło nieco zimnej, trupiej krwi.
-A smaku..? -spytał powoli oblizując skalpel językiem. Oniemiałem. Stanąłem jak wryty. Przecież tak nie powinno się robić. Może śniłem? Nie , na pewno nie. Było mi za cholernie zimno.
-C..co pan..
-Ma ładny kolor, prawda? -zrobił kolejne nacięcie, tym razem większe i znacznie głębsze. Wariat! Psychopata, pomyślałem. Instynktownie zrobiłem krok do tyłu z zamiarem wyjścia z tego wariatkowa, jednak nim się zorientowałem stał tuż obok mnie z wcyiągniętym skalpelem.
-Radze Ci pozostać i zabawić się zemną.. chyba, ze chcesz skończyć jak nasza zabawka? -skinął głową na martwą kobiete. Przemknąłem głośno ślinę. Co miałem robić?! Przecież tak nie wolno! Wszystkie zmysły kazały mi uciekać ale bałem się. TAK. Bałem sie jak małe dziecko, że mnie złapie i.. i..
-Proszę. -wręczył mi mały nożyk prosto do dłoni. -Jak się ona nazywała..Alice, tak? Podpisz więc naszą zabawkę, abyśmy przypadkiem nie zapomnieli z kim mamy do czynienia. -oczywiście nie zrobiłbym tego gdyby nie jego wzrok. Za razem miły i uśmiechnięty.. jednak w głębi żądny krwi. Podszedłem do stołu i drżącą ręką napisałem po kolei litery imienia tej biednej dziewczyny. Cała jej prawa ręka była okrwawiona.
-Ciekawe czy w środku też jest taka piękna jak na zewnątrz? -Mnie osobiście jakoś to nie ciekawiło. Chodź wiedziałem że zaraz zaspokoję jego domysły. 'Naszkicował' na zwłokach niewielki kwadrat, pod piersią.
- No to teraz jak wycinanka. -zaśmiał się krótko patrząc na mnie. Zacząłem przecinać powoli jej skórę po wyznaczonych liniach. Wyobrażałem sobie, jakby musiało to poleć. Czułem się jak rzeźnik krojąc mielonkę. Kiedy wyciąłem już płat skóry, profesor chwycił mój nadgarstek i wsunął go gwałtownie w otwór. Wiedziałem o co mu chodziło. Miękkie, śliskie i zimne. Nawet rękawiczki mi tu nie pomogły. Włożyłem drugą ręke nieco rozdzierając jej skórę złapałem wątrobę, dosłownie wyrywając ją z ciała. Za organem poszła fala krwi która przy wyciąganiu chlapnęła na podłogę i pobrudziła mi buty. Widząc to wszystko i czując TEN zapach zwymiotowałem odruchowo prosto na zwłoki. Nie kontrowałem tego, mój obiad był także w jej brzuchu.
-No, no. Coś czuje, że Alice nie była by z tego zadowolona. -pokiwał tylko głową profesor. Wytarłbym wymiociny które zostały mi na ustach i brodzę, gdyby nie fakt że moje dłonie i rękawy były całe we krwi. Nie zmyje tego brudu do końca życia.
-Teraz serce, masz blisko. -bez namysłu, jak robot ponownie włożyłem w nią rękę i wyciągnęłam jej serce. Nawet na nie nie patrzyłem, tylko od razu położyłem na tacy obok.
-Ma ładne, długie palce.. już jej nie będą potrzebne. -wziął zwykłe nożyczki, które za pewnie Ty masz takie w domu, i zaczął obcinać jej kciuka, później palce wskazujący i tak dalej. Widok był okropny, kości nie przeciął, tylko pozostałości mięsa na nich wysiały. On jednak się tym nie przejął i ułamał je jak patyk, później układając je po kolei na blacie. To samo uczynił z drugą ręką.
-Nie tak powinna wyglądać sekcja zwłok! -zdobyłem się w końcu na krzyk, dla mnie cichy ale w tej sali głośny jak dzwony kościelne.
-Powinieneś dostać pozytywną ocenę. Oczywiście że, nie! -zaśmiał się jak gdyby nigdy nic. - Jej oczy..
-Nie! Nie dam rady!
-Twoje też są niczego sobie.. -zrobił niebezpieczny krok w moją stronę. W podskokach otworzyłem jej powieki do końca i wyłupałem, trochę niezdarnie oczy szczypcami. Później doszedł język i uszy. On jeszcze majstrował coś przy jej kolanach i łokciach. Ja dostałem kolejne zadanie, związane z jej sutkami i piersiami. Cały czas przeszkadzał mi zapach i krew, czułem kolejne porcje wymiocin w gardle jednak powstrzymałem się. Czułem się jak robot, jak maszyna. Bez uczuć, ambicji, Religi i poszanowania dla zwłok. A tyle nam o tym mówiono. Uwierzyłem plotką, śmiesznym opowieścią. Zostanę kolejnym zmienionym studentem pana Fuel'a. Po chwili zadzwonił telefon, ale nie mój.
-Hej kochanie.. dzisiaj.. goście? No dobra, myślę że mogę się wyrwać wcześniej z pracy. No, ok. Pa.- spojrzałem na niego niezrozumiałym wzrokiem. Jak taka osoba może mieć rodzinę?! On jest chory on jest..
-Myślę, że jesteś obiecującym studentem. -poczochrał mnie krwawą dłonią po włosach jak małego chłopca. -Oczywiście, nie muszę mówić ze nasza zabawa ma pozostać w tajemnicy, i tego że jakbyś znów się chciał pobawić to wiesz gdzie mnie szukać. -Stałem jak wryty, zaraz pozbieram zęby z podłogi. - To na dzisiaj koniec. Papa ! -pomachał mi jeszcze przy wyjściu i wyszedł jak gdyby nigdy nic. Zakrwawiony, spokojny. Stałem tak jeszcze chwilę. Po woli do mnie docierało co się dzieje. Spojrzałem powoli na swoje dłonie. Hm. Nie było w ogóle widać moich dłoni. Sama krew i kawałki ciała.. żył. Później spojrzałem na Alice. Jedynymi przeprosinami, byłoby zrobienie z siebie tego samego co z niej przed chwilą. Co.. Co ja zrobiłem?!!?!?
Usiadłem na dobrze mi znanym, zimnym stołku, czekając na taksówkę. Jakoś się pozbyłem śladów zabawy. Z zapachem jednak będzie trudno. Kiedy widziałem już samochód wsiadłem do niego i w mroku pojechałem do domu. Na końcu kiedy przyszło do zapłaty za transport..
-29.
-Już, już.. proszę. -podałem mężczyźnie banknot stuzłotowy.
-Ojej, chyba nie będę miał wydać. Proszę poczekać. -mężczyzna wyciągnął swój portfel szukając drobnych. Zauważyłem kątem oka zdjęcie w portfelu taksówkarza. Przedstawiało ono znajomą mi twarz.. twarz którą nigdy bym nie chciał poznać. Alice Verner. Była uśmiechnięta, miała radosne zielone oczy i ciepły kolor twarzy.
-P..Pan Verner? -spytałem niepewnie cichym głosem.
-Tak. -taksówkarz spojrzał na mnie nieco zdziwiony. Już chciał się pytać czy się znamy..Wysiadłem szybko z pojazdu, nachylając się nad pół otwartymi drzwiami.
-Przepraszam. I reszty nie trzeba.
wtorek, 11 października 2011
poniedziałek, 3 października 2011
Odmieniec...
"Wodzu nasz, któryś jest w piekle, pieprzę imię twoje, niszcz królestwo boże, bądź wola Twoja, jako w otchłani tak i na Ziemi, Cierpienia mego niezmiernego dam Ci dzisiaj, ześlij mi grzechy i winy jako i ja darzę tym wszystkich winowajców, nie wódź mnie na nawrócenie i smaż mnie w piekielnym ogniu, AVE!"
Tak brzmią słowa wypowiadane przeze mnie każdego dnia... Dziś jest niedziela, czas na łów... Wysiadłem z samochodu na ulicę, jest pusto, cicho... Tylko gdzieś szczeka jakiś pies. Żądnym krwi spojrzeniem wypatruję ofiary. Przechadzam się wolnym krokiem po ulicach Amittyville ciągnąc za sobą swój kruczo czarny skórzany płaszcz. Zwykła niedziela, jak co tydzień. Nareszcie... Nadeszła ta chwila... Po drugiej stronie ulicy idzie piękna, młoda i długowłosa brunetka. Wprost idealna. Zakradam się za róg budynku, czekam cierpliwie. W jednej chwili ogłuszam ofiarę ciosem w skroń, kobieta osuwa się na chodnik. Rozglądam się - pustka. Związuję i przenoszę dziewczynę do swojego samochodu, zamykam bagażnik i ruszam. Do domu mamy prawie 8 mil - mruczę pod nosem wyjeżdżając z parkingu. W myślach już układa mi się plan wobec mojej partnerki... Po chwili byłem już na miejscu. Otwieram bagażnik, kobieta ocknęła się. Biorę związaną dziewczynę na ramię i niosę ją do swej pracowni. Otwieram drzwi piwnicy, znów czuję ten zapach... Zgnilizna, krew, metal - to zapachy bólu i cierpienia. Kładę ją delikatnie na zimnym betonowym bloku stojącym na środku pomieszczenia służącym mi za stół przywiązując ofiarę do niego twarzą w dół. Zrywam z mniej ubranie po czym przygotowuję narzędzia. Uspokajam dziewczynę, gaszę światło i zapalam sześć świec wokół niej. Uwalniam jej usta by wyraźnie słyszeć jej krzyki cierpienia. Biorę do ręki lekko zakurzony skalpel i powoli, równą linią nacinam jej skórę wzdłuż łopatek. Słyszę płacz i błagane o litość. To napawa mnie jeszcze większą rozkoszą. Smakuję krwi, która została jeszcze na ostrzu. Jest słodka, metaliczna... Teraz głaszczę ją po głowie i uspokajam jednocześnie biorąc do ręki pół dorodnej cytryny i wyciskając doszczętnie sok nad świeżo zadaną raną. Do mych uszu znów dochodzi wrzask co powoduje tylko co raz szerszy uśmiech na mej sadystycznej twarzy. Teraz chwila, na którą zawsze czekam z niecierpliwością... Podwijam rękawy, delikatnie oblizuję wargi i powoli, z mistrzowską precyzją zaczynam wycinać litery mojej modlitwy po łacinie... Kobieta wygina się z bólu coraz głośniej jęcząc. Ja znów spokojne głaszczę ją po głowie. Kończę moją krwawą poezję zostawiając jeszcze tylko podpis na lewym boku - "Nomen Nescio" - pozdrawiając przy tym mego Pana. Teraz zlizuję krew ze skalpela, rozwiązuję krwawiącą brunetkę dając jej krwawego buziaka w policzek i odwożę ją tam skąd ją zabrałem dziękując przy tym za udany i miły dzień. Wracają Cadilac'iem do swej posiadłości układam scenariusz na następną niedzielę wciąż jeszcze smakując krwi pięknej kobiety, która została w zakamarkach mych ust...
Tak brzmią słowa wypowiadane przeze mnie każdego dnia... Dziś jest niedziela, czas na łów... Wysiadłem z samochodu na ulicę, jest pusto, cicho... Tylko gdzieś szczeka jakiś pies. Żądnym krwi spojrzeniem wypatruję ofiary. Przechadzam się wolnym krokiem po ulicach Amittyville ciągnąc za sobą swój kruczo czarny skórzany płaszcz. Zwykła niedziela, jak co tydzień. Nareszcie... Nadeszła ta chwila... Po drugiej stronie ulicy idzie piękna, młoda i długowłosa brunetka. Wprost idealna. Zakradam się za róg budynku, czekam cierpliwie. W jednej chwili ogłuszam ofiarę ciosem w skroń, kobieta osuwa się na chodnik. Rozglądam się - pustka. Związuję i przenoszę dziewczynę do swojego samochodu, zamykam bagażnik i ruszam. Do domu mamy prawie 8 mil - mruczę pod nosem wyjeżdżając z parkingu. W myślach już układa mi się plan wobec mojej partnerki... Po chwili byłem już na miejscu. Otwieram bagażnik, kobieta ocknęła się. Biorę związaną dziewczynę na ramię i niosę ją do swej pracowni. Otwieram drzwi piwnicy, znów czuję ten zapach... Zgnilizna, krew, metal - to zapachy bólu i cierpienia. Kładę ją delikatnie na zimnym betonowym bloku stojącym na środku pomieszczenia służącym mi za stół przywiązując ofiarę do niego twarzą w dół. Zrywam z mniej ubranie po czym przygotowuję narzędzia. Uspokajam dziewczynę, gaszę światło i zapalam sześć świec wokół niej. Uwalniam jej usta by wyraźnie słyszeć jej krzyki cierpienia. Biorę do ręki lekko zakurzony skalpel i powoli, równą linią nacinam jej skórę wzdłuż łopatek. Słyszę płacz i błagane o litość. To napawa mnie jeszcze większą rozkoszą. Smakuję krwi, która została jeszcze na ostrzu. Jest słodka, metaliczna... Teraz głaszczę ją po głowie i uspokajam jednocześnie biorąc do ręki pół dorodnej cytryny i wyciskając doszczętnie sok nad świeżo zadaną raną. Do mych uszu znów dochodzi wrzask co powoduje tylko co raz szerszy uśmiech na mej sadystycznej twarzy. Teraz chwila, na którą zawsze czekam z niecierpliwością... Podwijam rękawy, delikatnie oblizuję wargi i powoli, z mistrzowską precyzją zaczynam wycinać litery mojej modlitwy po łacinie... Kobieta wygina się z bólu coraz głośniej jęcząc. Ja znów spokojne głaszczę ją po głowie. Kończę moją krwawą poezję zostawiając jeszcze tylko podpis na lewym boku - "Nomen Nescio" - pozdrawiając przy tym mego Pana. Teraz zlizuję krew ze skalpela, rozwiązuję krwawiącą brunetkę dając jej krwawego buziaka w policzek i odwożę ją tam skąd ją zabrałem dziękując przy tym za udany i miły dzień. Wracają Cadilac'iem do swej posiadłości układam scenariusz na następną niedzielę wciąż jeszcze smakując krwi pięknej kobiety, która została w zakamarkach mych ust...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)