"Wodzu nasz, któryś jest w piekle, pieprzę imię twoje, niszcz królestwo boże, bądź wola Twoja, jako w otchłani tak i na Ziemi, Cierpienia mego niezmiernego dam Ci dzisiaj, ześlij mi grzechy i winy jako i ja darzę tym wszystkich winowajców, nie wódź mnie na nawrócenie i smaż mnie w piekielnym ogniu, AVE!"
Tak brzmią słowa wypowiadane przeze mnie każdego dnia... Dziś jest niedziela, czas na łów... Wysiadłem z samochodu na ulicę, jest pusto, cicho... Tylko gdzieś szczeka jakiś pies. Żądnym krwi spojrzeniem wypatruję ofiary. Przechadzam się wolnym krokiem po ulicach Amittyville ciągnąc za sobą swój kruczo czarny skórzany płaszcz. Zwykła niedziela, jak co tydzień. Nareszcie... Nadeszła ta chwila... Po drugiej stronie ulicy idzie piękna, młoda i długowłosa brunetka. Wprost idealna. Zakradam się za róg budynku, czekam cierpliwie. W jednej chwili ogłuszam ofiarę ciosem w skroń, kobieta osuwa się na chodnik. Rozglądam się - pustka. Związuję i przenoszę dziewczynę do swojego samochodu, zamykam bagażnik i ruszam. Do domu mamy prawie 8 mil - mruczę pod nosem wyjeżdżając z parkingu. W myślach już układa mi się plan wobec mojej partnerki... Po chwili byłem już na miejscu. Otwieram bagażnik, kobieta ocknęła się. Biorę związaną dziewczynę na ramię i niosę ją do swej pracowni. Otwieram drzwi piwnicy, znów czuję ten zapach... Zgnilizna, krew, metal - to zapachy bólu i cierpienia. Kładę ją delikatnie na zimnym betonowym bloku stojącym na środku pomieszczenia służącym mi za stół przywiązując ofiarę do niego twarzą w dół. Zrywam z mniej ubranie po czym przygotowuję narzędzia. Uspokajam dziewczynę, gaszę światło i zapalam sześć świec wokół niej. Uwalniam jej usta by wyraźnie słyszeć jej krzyki cierpienia. Biorę do ręki lekko zakurzony skalpel i powoli, równą linią nacinam jej skórę wzdłuż łopatek. Słyszę płacz i błagane o litość. To napawa mnie jeszcze większą rozkoszą. Smakuję krwi, która została jeszcze na ostrzu. Jest słodka, metaliczna... Teraz głaszczę ją po głowie i uspokajam jednocześnie biorąc do ręki pół dorodnej cytryny i wyciskając doszczętnie sok nad świeżo zadaną raną. Do mych uszu znów dochodzi wrzask co powoduje tylko co raz szerszy uśmiech na mej sadystycznej twarzy. Teraz chwila, na którą zawsze czekam z niecierpliwością... Podwijam rękawy, delikatnie oblizuję wargi i powoli, z mistrzowską precyzją zaczynam wycinać litery mojej modlitwy po łacinie... Kobieta wygina się z bólu coraz głośniej jęcząc. Ja znów spokojne głaszczę ją po głowie. Kończę moją krwawą poezję zostawiając jeszcze tylko podpis na lewym boku - "Nomen Nescio" - pozdrawiając przy tym mego Pana. Teraz zlizuję krew ze skalpela, rozwiązuję krwawiącą brunetkę dając jej krwawego buziaka w policzek i odwożę ją tam skąd ją zabrałem dziękując przy tym za udany i miły dzień. Wracają Cadilac'iem do swej posiadłości układam scenariusz na następną niedzielę wciąż jeszcze smakując krwi pięknej kobiety, która została w zakamarkach mych ust...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz